„Brok, kapitan Długobrodych”

UncleKyoshi/ Kwiecień 2, 2019/ General's War, Inne, Narrative Play/ 0 comments

Historia Autorstwa Ewy „Kapadocji” oraz Jacka „Huntera” Lasotów. Zdobyła wyróżnienie podczas turnieju Pruszkowska Masakra II. Zapraszamy do miłej lektury.

„Dracoline wspiął się na tylne łapy i ryknął;
w tej chwili włócznia przebiła mu brzuch.
Zwierz stęknął, wierzgnął i zwalił się na bok,
przygniatając mi nogę. Osłoniłem się tarczą
przed ciosem niechybnie zmierzającym
wprost w moją głowę; ostrze ześlizgnęło się
po drewnie i odskoczyło ode mnie.
Wydostałem się spod dracoline’a, który
wydał właśnie ostatnie tchnienie. Nie
szkodzi, przyjacielu, jeszcze się spotkamy,
gdzieś indziej albo kiedy indziej… Służyłeś
mi wiernie wiele lat. Poklepałem go po
stygnącym boku. Ruszyłem do boju ramię w
ramię z moimi braćmi i siostrami, ze
zdumieniem obserwując determinację i
odwagę naszych nieoczekiwanych
towarzyszy broni.”

Gdy już wreszcie zamkniesz znużone oczy, trwasz tak całe długie millenia, wieki, lata, dni może albo ledwie chwilę. Gdy przyzwyczaisz się do tej wszechczerni, która – zdawałoby się – oblepiła cię całego, od stóp do głów, a teraz wdziera ci się przez nozdrza w gardło, zagląda do uszu, szepcąc i nucąc ci ballady i klechdy, wtedy pojawia się blask. Nie jest to blask rodzącej się gwiazdy, a delikatny, ciepły punkcik, przebijający się światłem przez zamknięte powieki. Zdaje się, że życie wraca do wszystkich twoich członków, niemrawo poruszysz to palcem, to nogą, potem ruszy się głowa. A potem…

…spadasz wprost z nieba, z krzykiem rodzącym się w gardle i mieczem w skostniałych dłoniach. Tylko chwila, moment, ułamek sekundy na rozejrzenie się wokół siebie i ruch, decyzję, od której zależy być albo nie być, cięcie, unik, zwód i szczęk stali. Twarze wrogów mieszają się ze sobą, raz ork, zaraz za chwilę świński pysk eksploduje zielenią, wywalając obrzydliwy jęzor i rosnąc do niebotycznych rozmiarów. Pęcznieje, skóra pęka, pojawiają się na niej ropiejące wrzody. Smród atakuje nie gorzej, niż wywijająca mackami bestia, która zaraz za chwilę przybiera jakiś pokraczny kształt, a ty krztusisz się, bo do płuc wdziera ci odór gnijącego ciała, aż szczypie w oczy. Hełm masz cały we krwi, nie wiesz czyjej, czy twojej, twoich przyjaciół czy też wrogów. Aż w końcu słyszysz ten nienawistny śmiech szczerzących się w mroku szczurów, tchórzliwych i przeklętych po stokroć. Wszystko wokół spowija lepka mgła, z której przezierają tylko błyskające czerwienią ślepia; za chwilę świecą trupią zielenią, a z pełzającego oparu wyłaniają się nieumarli, wyprzedzani przez zawodzące zjawy. Przecież już je wszystkie zabiłeś, przecież już tu kiedyś byłeś, już to przeżyłeś, już tu zginąłeś. Widziałeś już wszystko, pokonałeś każdego. Umarłeś po wielokroć, by zrodzić się na nowo, spaść z nieba i podjąć nową – starą? – walkę. Nie poznajesz twarzy, patrzysz na swoich towarzyszy broni i nie wiesz, czy stoją u twego boku, czy to tylko duchy wypełzające z twojej pamięci. Zamykasz znużone oczy, krew z ciebie odpływa, zastygasz w objęciach śmierci i trwasz tak całe długie millenia, wieki, lata, dni może albo ledwie chwilę…

***

Gdy poznałem Broka, ja stałem jeszcze w pierwszych szeregach, a on już dawno przyglądał się nam, gołowąsom, z tyłu. Rechotał wtedy ze swoimi towarzyszami, zastanawiając się, który z nas pierwszy się poszczy ze strachu. To były stare dobre czasy. A potem nasz świat się rozpadł, dosłownie.
Teraz siedzieliśmy ramię przy ramieniu, w kilkunastu ledwie, przy długiej ławie. Brok, jak to on, łypał na każdego, kto mu w jakiś sposób nie pasował – czyli wszystkich, którzy nie byli siwobrodym krasnoludem z kolczugą przyrośniętą do piersi. A było na kogo łypać. W tawernie wielkiego miasta spotkać można było najróżniejsze dziwy. Najwięcej – jak zawsze – było ludzi. Niezależnie od wszystkiego, lęgło się toto jak szczury i tak samo jak szczury trudne było do wytępienia. Tedy między szynkwasem a dębowymi ławami kursowały całe pielgrzymki ludzi o różnych odcieniach skóry i odzianych w najróżniejsze szaty; jedni nosili na głowach misternie drapowane ręczniki, inni puszczali swoje włosy luzem, jeszcze inni okutani byli od stóp do głów w kolorowe szmaty, a kolejni paradowali w samych przepaskach biodrowych ze zwierzęcej skóry. Niektórzy nosili na palcach grubaśne pierścienie ze szczerego złota – a wierzcie mi, każdy szanujący się krasnolud rozpozna złoto z daleka i to gołym okiem, nawet pokrytym bielmem – niektórzy zaś za pazurami mieli zadawnioną żałobę.
Ludzie nie byli jednak czymś, co nadto przykuwałoby uwagę moją, Broka czy reszty naszych towarzyszy. Ludzi znaliśmy nie od dziś, fakt, ci tutaj wyglądali zgoła odmiennie od starych, dobrych mieszkańców Imperium, którzy co prawda mieli swoje wady – jak to ludzie – ale przynajmniej byli tacy… swojscy. Brok przyglądał im się dość natrętnie, jednak, nie znalazłszy powodów do zaczepki, odpuścił im po kwadransie, a mój wzrok powędrował za jego spojrzeniem. Teraz świdrował spod krzaczastych brwi grupkę jaszczurek, które skrzeczały, kląskały i wierciły się niespokojnie na krzesłach, jakby pomiędzy kolorowe łuski wbiło im się w zadek mnóstwo drzazg. Jedne były niebieskie z żółtymi brzuchami, inne mieniły się odcieniami fioletu. Przynajmniej nie miały długich uszu i za wielkiego mniemania o sobie.
Skoro o długich uszach mowa… Gdzieś z końca sali dobiegł nas szczebiotliwy śmiech – ani chybi jakaś elfica, czy też, po nowemu, aelfka. Dźwięk, który z siebie wydawała, był tak paskudny i tak przesłodzony, że aż mnie zemdliło, a Brok zgrymasił się nieprzyjemnie i splunął rdzawą plwociną żutego tytoniu. Cała chmara półnagich dziwek ze skołtunionymi kudłami sterczącymi ze łba w każdą stronę wdzięczyła się do jakiegoś długoucha z białym płaszczem z lwiej skóry na plecach. Odrażające żmije.
Drzwi otwarły się z impetem i do środka chwiejnym krokiem weszli – o zgrozo! – Kharadroni. O ile do tej pory Brok był jedynie zniesmaczony towarzystwem, w jakim przyszło nam tkwić, tak teraz jego twarz spąsowiała, a kłykcie zbielały, gdy zacisnął potężne dłonie w pięści. O ile się orientuję, byli to ichni mechanicy, baloniarze, za nimi dreptali nieruchawi strzelcy w swoich śmiesznych hełmach. Minęli nas, nie zaszczyciwszy mojej kompanii nawet spojrzeniem, i  odeszli do szynkwasu. Brok za to ani na chwilę nie spuścił ich z oka.
– Karczmarzu, nalej nam krztyczek czegoś mocniejszego! – zawołał Kharadron dźwigający na swych plecach plecak, z którego wyłaniało się coś na kształt słuchawki od prysznica. Brok powoli wstał, szurając przeciągle krzesłem po deskach podłogi. Wraz za nim podniósł się najpierw jego zastępca, a potem staliśmy już wszyscy, wiedząc, że będzie draka. Powoli zaczynałem się już przyzwyczajać do nadzwyczaj wykwintnej kuchni dolnej wieży. Brok ruszył niespiesznie do szynkwasu, mając nas cały czas za sobą. Kharadronów było ponad dwa razy więcej, czyli mieli jakieś drobne szanse, powiedzmy. Nasz dowódca wbił się jak  lodołamacz w krę w zwartą grupkę Arcanautów i rozepchnął ich na boki; wykorzystaliśmy ten klin, by nie zostawiać go samego.
– Piwa, człecze! – warknął Brok, zmierzył wzrokiem Kharadrona z prysznicem w plecaku i splunął mu pod nogi najobrzydliwszą flegmą, jaką był w stanie odcharknąć. Tamten zacisnął zęby i wytrzymał spojrzenie Broka, spąsowiał jednak na twarzy, poruszył szybko wąsem i odezwał się:
– Chyba nie zauważyłeś, Duardin, że jest, tak jakby, kolejka do szynkwasu.
– Jestem krasnoludem, a nie żadnym didunuffinem! – żachnął się Brok; nienawidził tego paskudnego określenia, jakie zdradzieckie, tchórzliwe pomioty skavenów i goblinów wymyśliły, by określać jedyne prawdziwe krasnoludy.

– Uspokójże się, krasnoludzie, czy jak cię tam zwą – odezwał się karczmarz. – Bo znowu wylądujesz z kolegami w dolnej wieży. Nie lubimy tu awanturników, to spokojny świat! – wycedził.
– Jasne, spokojny. Był, póki nie pojawiły się te podłe namiastki krasnoludów! – ryknął Brok, cały czas przyszpilając wzrokiem Kharadrona. Wokół jakby ucichło; spojrzenia ludzi, chyba-ludzi, ryboelfów, wężoelfów, jaszczurek i całego misz-maszowego plugastwa zwróciły się w naszą stronę.

Można o Kharadronach powiedzieć wiele, ale ta część krasnoludzkiego dziedzictwa, która nadal gdzieś tkwiła w ich niegodnych duszach nakazywała tamtemu zareagować stanowczo i twardo. Wyprowadził więc cios, jednak Brok za długą miał brodę, by dać się łatwo powalić jednym uderzeniem – ba! – by w ogóle dać się trafić młokosowi. W chwili, gdy pięść tamtego wyfrunęła wprzód na spotkanie nosa Broka, mój dowódca schylił się i z impetem przywalił Kharadronowi hełmem w splot słoneczny, składając się do szarży jak byk. Kharadron runął na plecy, łapiąc spazmatycznie oddech. Jego kamraci połapali się ze swoje pukawki i wycelowali w nas. Tego nie przewidzieliśmy… Na pięści, to co innego. Czegośmy się spodziewali?!
Że staną do uczciwej bijatyki?!
Odciągnęli kurki w jednej chwili. Zanim zagrzmiał huk wystrzału, błysnęło. A potem świat zgasł…

***

– Staaaaaać!!! – wrzasnąłem, gdy tylko udało mi się odzyskać oddech. Chłopaki zatrzymali palce na spustach. Świece błyskające na kandelabrach zgasły i cała karczma pogrążyła się w mroku. Za chwilę jednak zalśniły na nowo, jednak ogień przybrał nienaturalny, zielony poblask, od którego tylko wydłużyły się cienie. Zrobiło się cicho i przenikliwie zimno. Duardin, podobnie jak my, zaczęli rozglądać się nerwowo – nie w głowie im już była bijatyka, przynajmniej nie z nami. Wtem, deski podłogi pękły, a z dziur zaczęły czym prędzej wyskakiwać nieumarłe kreatury, dzierżące w kościanych łapskach zakrzywione ostrza. Wrzask, jaki podnieśli otaczający nas ludzie, był wręcz ogłuszający. Chaos wzmagał się z każdą chwilą; stwory rzuciły się z furią na krzyczących w panice kupców, skrybów, podróżników. Kościste łapska darły w strzępy ludzkie ciała, nienasycone zębiska zagłębiały się w ich ręce, karki, twarze. Niewielu nas stanęło do walki; pierwsze na wroga rzuciły się wiedźmy, chwytając za broń i zgrabnie przeskakując przez stoliki.
W śmiertelnym tańcu strącały głowy z karków, wirując wśród zielonkawej mgły. Ich śladem poszły kolorowe jaszczurki, szczerząc drobne zęby. Ich plujki były tu bezużyteczne, jednak nie poddawały się; doskakiwały i umykały, robiąc mnóstwo zamieszania. Wreszcie moi kompani wespół z Duardin stanęli do nierównej walki. Nie miałem wątpliwości, że już tej ostatniej.
Nikt nie zamierzał jednak oddać darmo skóry. Zagrzmiał huk wystrzału, moi chłopcy  przeładowali i strzelili ponownie. Długobrodzi wpadli pomiędzy nieumarłych i toporami wyrąbywali sobie drogę.

Po krótkiej chwili było po wszystkim. Wszędzie leżały ciała pomordowanych; ich twarze wykrzywione były w grymasie bólu i niedowierzania. To prawda, to BYŁ spokojny świat. Zbyt spokojny. Poza tymi, którzy swoje życie przepędzili zupełnie gdzie indziej, tu zaglądając tylko z przypadku, nikt nie miał broni, nikt nie potrafiłby jej użyć. I nigdy nie będzie już miał okazji, by posiąść tę sztukę.

Staliśmy zbici w ciasną gromadę; na samym przedzie waleczne jaszczurki, krok za nimi Długobrodzi, osłaniający moich strzelców. Ostatni bastion zbrukanego Nieba. Podłe kreatury zbliżały się do nas niespiesznie, tak, jak wilk zbliża się do rannej sarny. Płomienie świec zajaśniały mocniej zielenią; nieumarli ruszyli, wydając z siebie upiorny świst.
Moi chłopcy wypalili, a potem…

***

…spadliśmy wprost z nieba, z krzykiem rodzącym się w gardle i mieczem w skostniałych dłoniach. Tylko chwila, moment, ułamek sekundy na rozejrzenie się wokół siebie i ruch, decyzję, od której zależy być albo nie być, cięcie, unik, zwód i szczęk stali. Twarze wrogów mieszają się ze sobą, przyjrzałem się uważniej. Mój wierzchowiec ryknął i chwycił w pysk napędzane nekromańską mocą kości, które rozpadły się w drzazgi, gdy kłapnął szczęką. Nieumarli. Nagash. Pamiętam… Tylko co oni tu robią?!

Tak wysoko! Tak blisko Ojca! Przecież…
Rozejrzałem się wokół. Sala pełna była martwych stworzeń, w których duszach jeszcze chwilę temu drgało światło dobra. Nie mieli jak się bronić. Nie miał kto ich bronić… Wtedy zobaczyłem ich – niewielką grupę brodatych wojowników, stojących twardo na pozycjach w szańcu z rozklekotanych i posłanych do diabła kości. Krzyknąłem do swoich, aby ich wsparli. Oddział Sequitorów ruszył im w sukurs – nadzieja spłynęła na twarze brodatych wojów. Tym właśnie jesteśmy. Nadzieją.

Dracoline wspiął się na tylne łapy i ryknął; w tej chwili włócznia przebiła mu brzuch. Zwierz stęknął, wierzgnął i zwalił się na bok, przygniatając mi nogę. Osłoniłem się tarczą przed ciosem niechybnie zmierzającym wprost w moją głowę; ostrze ześlizgnęło się po drewnie i odskoczyło ode mnie. Wydostałem się spod dracoline’a, który wydał właśnie ostatnie tchnienie. Nie szkodzi, przyjacielu, jeszcze się spotkamy, gdzieś indziej albo kiedy indziej… Służyłeś mi wiernie wiele lat. Poklepałem go po stygnącym boku. Ruszyłem do boju ramię w ramię z moimi braćmi i siostrami, ze zdumieniem obserwując determinację i odwagę naszych nieoczekiwanych towarzyszy broni.

***

Gdy ostatni szkielet rozsypał się w cholerę, czułem się, jakbym przebiegł się w tę i z powrotem z Karaz a Karak do Nuln. Rozejrzałem się wokół, szukając wzrokiem swoich. Dziesięciu, tylu  naliczyłem. Brok stał ramię w ramię z Kharadronem, z którym zdążył jeszcze chwilę temu pobić się przy szynkwasie. Uśmiechnął się w końcu do niego i podał mu rękę.
– Nieźle, chłopcze, całkiem nieźle. – Tamten odwzajemnił uścisk. – Jestem Brok, kapitan Długobrodych.
– Ungrimm, aptekarz, kapitan statku Stalowy Orzeł.
– Statku? Tego tam, latającego z tymi tam, kolorowymi bańkami? – dopytał Brok.
– Dokładnie tego.

Brok i Ungrimm odwrócili się do jednego z niebiańskich rycerzy, których nagłe i niespodziewane pojawienie się sprawiło, że dane nam będzie w życiu stoczyć przynajmniej jeszcze jedną bitwę.
– Kto u was dowodzi, sir? – spytał Ungrimm. Rycerz nie odpowiedział, wskazał tylko mieczem na wysokiego wojownika, z ramion którego spływał wielokolorowy płaszcz, bardziej przypominający skrzydła płonące magicznym, zielono-fioletowym blaskiem.
– Chciałem ci, mój panie, podziękować za pomoc. Bez was pewnie zginęlibyśmy. – Rycerz powoli odwrócił się w stronę aptekarza i zdjął hełm. Twarz miał zaskakująco młodą, szlachetnej urody, oczy jednak zdradzały, że widział więcej, niż człowiek kiedykolwiek powinien.
– Nie musisz mi dziękować, Kharadronie. Moją rolą jest chronić stworzenia żyjące w światach Ojca Sigmara.
– Brok. – Brok bezceremonialnie wyciągnął ku niemu prawicę. Rycerz uścisnął ją i również się przedstawił:
– Veluram Venator Severus, lord Arcanum.
Brok zapalił fajkę, rozejrzał się wokół siebie, wciągnął głęboko dym w płuca i, wypuszczając siwy kłąb z ust, powiedział:
– No, Veluramie, całkiem dobrze się skończyło, przynajmniej dla nas – cierpko zażartował, choć ani czas, ani miejsce ku temu.
– Skończyło? – zdziwił się Veluram. – Niestety, to dopiero początek.
Brok pokiwał głową ze zrozumieniem, w jakiejś takiej zadumie. Spojrzał na Ungrimma, w którego oczach dostrzegłem ten sam płomień, który pełgał w źrenicach mojego dowódcy. Ruszamy w bój, ramię w ramię.

 

Ewa „Kapadocja” Lasota,
Jacek „Hunter” Lasota

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>
*
*